logo

Tomasz Matuszak (Łódź)
The Inner Side of The Outer Space
(instalacja)

www.tomaszmatuszak.art.pl

Snedania na trafia

Tomasz Matuszak – Trabant. Mieszka w Łodzi. Tam przyszedł na świat, tam ukończył artystyczną szkołę.
TRABANT – CO ZNACZY... W roku 1995 razem z Lexy Funk zapalił o zachodzie słońca na izraelskiej pustyni olbrzymi krąg z płonącej przędzy. Ogień układał się w okrąg w miarę jak zachodziło słońce. – Chciałem tą energię podtrzymać, pokazać jak przenika ze Słońca na Ziemię. W roku 1997 wprawił w ruch „Pneumaszynę”, pokazaną w bytomskiej Galerii Kronika. Owo „urządzenie” stworzone z cukru nasączanego wodą pachnącą migdałami przykryte były łóżkiem, a towarzyszył temu dżwięk z „głębi ciała”. (Łóżko kojarzy się nam z czymś przyjemnym i bezpiecznym – powiedział Trabant – zapach migdałowy również. Odzwierciedla lepszą stronę życia). W Berlinie w 1996 roku wypełnia wannę pięćdziesięcioma litrami krwi w jednej z tamtejszych galerii, tytułując to „Bloodbath”, „krwistą kąpielą”. To tylko krew – mówi – ale jej ilość sprawia, że zmienia się jej kontekst. Czy innym jest kiedy oddajemy ją kroplami w laboratorium, czym innym na ekranie telewizora, czym innym w końcu – w wannie, w dużej ilości. Ale i tak wszyscy myśleli, że chodziło mi o Holocaust... A ja chciałem pokazać, że tak też można, wiele osób uzna to za rzecz prowokującą. W tym rzecz, że chciałbym jeszcze ostrzej... Jednego razu zakopał się w ziemi. Najpierw zakopał głowę i widać to na zdjęciu będącym częścią „Pneumaszyny”. Zakopywanie głów w ziemi było częstą hinduistyczną medytacyjną praktyką wśród mnichów jako znak czynionej pokuty. Potem Trabant zakopał się w ziemi cały. I co czułeś? – zapytałem. - To jest niesamowite. Najpierw poczucie paniki i klaustrofobii. Później chłód i wielki spokój. Przyjemny zapach i całkowita izolacja od wszystkiego. W 1997 roku w Mount Abu w Indiach... – Przepiękny kraj, bardzo uduchowiony. Jednocześnie nie czujesz potrzeby robienia czegokolwiek „artystycznego” bo tam nie ma sztuki w naszym rozumieniu, rozgrywającej się w określonym kontekście pomiędzy twórcą - odbiorcą - krytykami, karierą czy rozgłosem. Tam sztuka, czy lepiej – przeżywanie jest codziennością. Zabawne, nie mogliśmy wytłumaczyć, Hindusi w ogóle nie rozumieli co robimy i – przynosili nam kwiaty, składali je obok rzeczy, które robiliśmy, modlili się. W końcu powiedzieliśmy im, że to gest, hołd dla Shivy na jego święto. Wtedy zrozumieli. Uczestniczyliśmy w jego święcie, w marcową noc. Pracę wykonaną wraz z Meg Belichick zatytułowaliśmy „Łzy Shivy czyli obiecanki cacanki”. To dlatego, że w Indiach każdy ci mówi "nie ma problemu, oczywiście, zrobimy to” ale to tylko obietnice bez pokrycia... „Łzy”.. były trzema kręgami kwietnymi położonymi, pływającymi na wodzie w cichej zatoczce po to, aby każdy mógł przyjść, usiąść i posłuchać siebie.
W 1995 roku w Galerii Wschodniej pokazał „Czas, miejsce i temperaturę”. Tors człowieka wykonany z zamrożonej ziemi obserwował umieszczony w ścianie zegar, busola pokazująca strony świata i bieguny magnetyczne i termometr. Ten ziemisty tors rozmrażał się powoli, zegar odmierzał upływający czas, igła w busoli pokazywała północ, a termometr wahania temperatury. (Musiało być to ciekawe, zobaczyć tę sytuację kiedy w galerii nikogo nie było, cisza, ciemność, uwalniane od mrozu drobinki ziemi obserwowane przez te magiczne instrumenty). W tejże galerii, w październiku stanęła dziwaczna budowla zatytułowana „The Inner Side of the Outer Space" będąca rozwinięciem podobnej, umieszczonej na wystawie w warszawskiej „Zachęcie”.
O warszawskiej prasa napisała „niesamowita w nastroju przestrzeń, przypominająca wyziębiona lodowatym kolorem pokój - izolatkę w szpitalu psychiatrycznym. Naprzeciw widza stała ściana z żelaza, zza której dobiegał ciężki, groźny, obsesyjny, budzący lęk oddech kogoś, kogo strach sobie wyobrazić". Praca nazywała się „Hiper-nacja”. – To gra słów, opowiadająca o nas, że stajemy się we własnych oczach nadludźmi, którzy mogą wszystko i często się tak zachowują.
W Galerii Wschodniej można było zobaczyć, co za ową żelazną ściana się znajdowało. I co? Zamiast niewyobrażalnej tajemnicy – niechlujna powłoka, krzywa, niesymetryczna, wybrzuszona tu i ówdzie, skrzywiona tak jakby miała za chwilę się rozpaść. – „Chciałem pokazać przenikanie tego co wewnętrzne z tym, co zewnętrzne. Granic, momentów przejścia zazwyczaj nie da się uchwycić, nie wiadomo, co do czego należy, czyją jest domeną. Zmysły podpowiadają jedno, wyobraźnia drugie. Duch i materia”.
Na Litwie w Wilnie odremontował pomieszczenie w kamienicy. W katalogu z wystawy na małym zdjęciu widać ścianę kamienicy o zmroku, oświetloną latarnią a w białą, nieskazitelnie czystą – od której bije blask – wystawę–przestrzeń wpatrują się dwie postacie... Czystość tego miejsca prowokowała, intrygowała, przechodnie pytali się go czy będzie tam sklep i jaki... W Izraelu w 1997 roku pracy „fish and cheap” pokazanej w Hajfie nastrój budowały kolejno: cukrowa dłoń, woda, dźwięk, światło elektryczne i ryba pływająca w kanciastym akwarium. – Zazwyczaj daję oglądającemu tylko pretekst do rozmyślań. Buduję jakiś nastrój, atmosferę. Wystarczy, że choć przez moment zatrzymał się i zaczął „podróż do wewnątrz”. W 1996 roku Ameryce pływał na tratwie. - Zaproszono mnie do odwiedzenia artystycznej kolonii Art./Omi w stanie Nowy Jork, zlokalizowanej na farmie, wśród pięknej przyrody, w wiktoriańskim domu z dobrym jedzeniem i miłymi ludźmi. Z okien widać było olbrzymią łąkę. Słowem - sielanka. Postanowiłem więc nieco to wszystko zburzyć – wyciąć na tej łące okrąg a z niego – trójkątny kawał ziemi. Ten widok był niepokojący. A później, o piątej nad ranem zaprosiłem wszystkich na performance, którego tytuł, napisany przez pewną Amerykankę brzmiał „Snedania na Trafia”. Pływaliśmy na tym trójkącie przeniesionym z łąki po jeziorze będąc żywym "Śniadaniem na tratwie" Maneta – koszyk z jedzeniem, wino, kobieta ubrana, kobieta naga, mężczyzna w czarnym ubraniu. Przeniosłem tę namalowaną europejskość do Ameryki, a ziemię do wody, wszystko się wzajemnie przeniknęło.
W 1994 roku w Cardiff wziął udział w wystawie, zorganizowanej w fabryce dla uczących się budowniczych. Każdy z nich, o innej specjalności miał do dyspozycji kawałek hali gdzie budował trochę łazienki, trochę ściany, trochę pokoju. Tam Trabant zrealizował projekt „Prawdopodobieństwo powtórzenia". Siedem nieprawdziwych głów spoczywało w prostokątnym pojemniku. O „Prawdopodobieństwie” myślałem przez rok, kiedy siedem razy jacyś nieznani mi ludzie patrząc na mnie poznali kogoś innego, pomylili się, pomylili mnie z ałem się zupełnie inną osobą, o innej tożsamości, przypadkowo sklonowany. W Berlinie roku 1995 mało brakło a spłonąłby podczas performance „Nieudana próba teleportacji czyli nigdy stąd nie uciekniecie”. – „Wystąpiłem owinięty w srebrną folię... Całe to zdarzenie było jednocześnie moją fascynacją i polemiką z filmami science fiction. Czy zauważyłeś, że w każdym z nich podstawowym kolorem jest srebro? Wszyscy chodzą ubrani w srebrne kombinezony... Moja kabina do teleportacji był w kształcie klatki, która, kiedy nadszedł czas miała się zapalić i symbolicznie przenieść nie w przyszłość. Niestety oblałem ją zbyt dobrym płynem tak, że po zapaleniu znalazłem się wewnątrz płonącej klatki, która lada moment miała spaść na ziemię nie zostawiając mi możliwości ucieczki. Zacząłem krzyczeć a widzowie nie wiedzieli, czy krzyczę bo to część performance czy... Pamiętam tylko, że kiedy jechałem do szpitala, na noszach, przez sterylne przestrzenie to ostatnie, co pamiętam to numer pokoju - „2001”... A jednak się udało – pomyślałem. Wielopostaciowy żywioł jest tym, co Trabant chce opisać. Woda, powietrze, ogień, ziemia. „Żywioły są uniwersalne – powiedział – pojemne w znaczenia. Najbardziej fascynująca jest ich niestałość, potęga, wzajemne przenikanie. I są nieokiełznane i nieprzewidywalne. Trzeba do nich podchodzić z szacunkiem. Ja czasami byłem arogancki”.

Maciej Cholewiński